Wpisy z okresu: 7.2012

Kiedy już zdecydujecie się na wyjazd do opieki do Niemiec pamiętajcie o tym , ze macie nie tylko obowiązki ale i prawa.

Niestety nasze Panie często zapominają o tym, i przyjmują wszystkie zalecenia i polecenia z dobrodziejstwem inwentarza, potem są sfrustrowane i niepewne siebie i przemęczone.

Niezależnie od tego, czy jedziesz do pracy z ramienia jakiejś Agencji , czy tez prywatnie wyszukałaś sobie miejsce musisz sobie zdawać sprawę, że wiele informacji dotyczących pacjenta nie zostało podanych , bądź celowo, a tak jest najczęściej, bądź przez brak odpowiedniej rubryki w ankiecie, jaką wypełnia rodzina niemiecka dla potrzeb agencji. Bądź więc przygotowana na to, że obraz rzeczywisty odbiegać będzie od opisanego.

Jeżeli pracujesz dla Agencji , to zawsze możesz swoje uwagi zgłosić opiekunowi i ten ma obowiązek wyprostować sytuację, lub też przerzucić Cie do innej rodziny, jeśli będzie miał taką możliwość.To jest Twoje niezbywalne prawo.

Otrzymujesz bilet , lub go kupujesz i jedziesz w nieznane.

Na dworcu odbiera Cie rodzina i dowozi do domu w którym teraz będziesz mieszkać i pracować. Najczęściej jest tak, że podstawowe realne  informacje o pacjencie i warunkach pracy otrzymujesz od swojej poprzedniczki. I już na wstępie zderzasz się z rzeczywistością. Łudzisz się , ze z Tobą będzie inaczej, ale nie licz na to. Nie będzie.

Wiele zależy od życzliwości Pań pracujących przed Tobą. Ważne jest by wywalczone ulgi przechodziły na następną opiekunkę. By nawzajem informować się rzetelnie i otwarcie , nie ukrywając niczego.

Jeśli samodzielnie szukasz pracy to pamiętaj. Odchodząc od rodziny z rożnych przyczyn, nie zawsze zależnych od Ciebie , zawsze proś o referencje na piśnie, a jednocześnie zadaj pytanie , czy istnieje możliwość by Twój nowy pracodawca mógł osobiście zadzwonić i porozmawiać na Twój temat. Często jest również tak, że rodzina sama szuka Ci następnego miejsca i idziesz tam  z polecenia. Jest to idealna sytuacja, gdyż nowi pracodawcy wiedzą, że masz referencje, dobra opinię i z radością przyjmą Cie pod swój dach. Ciebie a nie kogoś innego.

Jeżeli rodzina podopiecznego jest w miarę sympatyczna i komunikatywna, a Ty nie masz trudności w porozumiewaniu sie w języku niemieckim, w miare szybko uda Ci sie wszystko ustalić. Zapoznasz sie z zakresem swoich obowiązków, sposobami zaopatrzenia domu, czasem wolnym i wszystkimi innymi sprawami łącznie z medycznymi nad ktorymi przyjdzie Ci teraz panować.

Praca w opiece nad osobami starszymi ładnie wygląda tylko na reklamówkach. Rzeczywistość jest inna. Czeka Cie rozłąka z rodziną , za którą coraz bardziej będziesz tęsknić, monotonia i nuda, stres, złość i strach.

ale wytrzymaszNiewinna mina bo tak trzeba.

Wszystkim Paniom życzę dużo pogody ducha.   Pamiętajcie o asertywności.

Niewiele w Niemczech jest starych, rozpadających sie budynków. Najczęściej  są wyburzane i na ich miejsce  stawiane nowe , lub zakładany  zieleniec. Stare budynki to rzadkość. Mnie jednak udało się taki zobaczyć.

W Hanowerskim  okręgu wszystkie stare budynki  budowane są metodą muru pruskiego. Czyli szkielet z drewna wypełniony cegłą. Tak budowane były   zarówno budynki mieszkalne jak i gospodarskie

 

 

 

 

 

 

 

ta  tabliczka na szopie ma pewnie ze sto lat

 

 

 

 

 

 

wewnątrz stodoły stare koło od wozu.  Stara drabina i trochę słomy.   A obok widok dachu od środka

 

te koła tez są wiekowe. Takie drewniane z metalowa obręczą.

Na górnej konstrukcji leżą i czekają na nowego właściciela,który doceni ich piękno deski olchowe. Piekne jasne i suche.

Dobra wiadomość. Dopiero była obrona , a już córcia znalazła pracę nawet specjalnie nie zabiegając o nią.Właściwie praca sama weszła jej w ręce.

W rodzinnej przychodni spotkała starszą od siebie pielęgniarkę , która robiła studia uzupełniające na tej samej uczelni i po prostu zapytała czy nie poszukują kogoś do pracy. A jakże . Poszukują. Szybko napisane CV  nawet bez listu motywacyjnego trafiło na właściwe biurko i już ! Praca jest.

Co prawda jako świeżo upieczona absolwentka na razie idzie na staż, ale zaraz potem zatrudnią ja na etat.

To się nazywa szczęścieUśmiech

… a jednak ponarzekam.Pewnie dlatego, że ogarnia mnie wszech zniecierpliwienie. Z domu wyjechałam 19 kwietnia i z niecierpliwością czekam powrotu. Miał być 1 sierpień , na cały miesiąc urlopu.Niestety zmienniczka nie odzywa się. Nie wiem więc kiedy zawitam we własnych progach.

Siedzę słuchając niemieckiej mowy, na co dzień,  i coraz bardziej jestem drażliwa.

Chcę do Polski                                                      

Tancerka

11 komentarzy

Zu zobaczyła tiulowa spódniczkę na wystawie sklepu z zabawkami

Kup mi !!!!!!!  Po co taka spódniczka? pyta mama

Będę tańczyć !!!!!   skacząc odpowiedziała Zu

Kupiłaś? pewnie! jak mogłabym patrzyć jak jej zapał niknie

 

 

 

to wielka frajda ubierać balową spódniczkę

 

 

 

 

samodzielnie obcięta grzywka harmonizuje z krojem spódniczki

 

 

 

 

 

jeszcze wybierzemy muzyczkę

 

 

 

chwilka skupienia……

 

 

 

 

 

pierwsze kroczki i podrygi

 

i tańczy na całe goUśmiech

 

 

 

 

 

 

 

proszę, jakie figury skomplikowane

 

 

 

i ukłon , prawie profesjonalny. Bisy Proszę Państwa nie wchodzą w rachubę!!!

Artystka trochę się zasapała……..

 


Poprzez swoja starsza córkę uczestniczę z daleka w życiu jej znajomych. Opowieść  ta budowana jest z ich relacji , a nie osobistego uczestnictwa. Na pewno mocno zindywidualizowana  przez relacje, ale….

Było sobie pięciu chłopaków na łódzkim osiedlu. Rośli razem od piaskownicy. Razem w przedszkolu, razem w podstawówce . Potem wybrali rożne szkoły średnie i rożne studia. Ich drogi ciut się rozeszły , ale byli zawsze zgraną paczką i taką pozostali. Dzisiaj już 30 latkowie utrzymują kontakt może nie ożywiony , codzienny , bo ich życiowe drogi po całym kraju , a jednego w świat zaniosły. Nie mniej jednak kontakt  trzymają , a kiedy tylko wiatry zawieją  ich do rodzinnego miasta , zawsze się spotykają.

W końcu ubiegłego roku , jeden z nich , nazwijmy go Marek, zaczął niedomagać. Bóle głowy nasilały się. Z początku rzecz lekceważona wreszcie zaprowadziła go do lekarza. Szybko zdiagnozowany. Wiadomość okrutna. Glejak. Jakimś cudem udało się bez specjalnych protekcji tuż przed Świętami Bożego Narodzenia przeprowadzić operację w jednym z warszawskich szpitali. Zarówno przed samą operacją jak i w czasie wcześniejszych konsultacji Marek pomieszkiwał u moich bliskich w Warszawie.

Nie wiem , czy rozmawiali o życiu i śmieci. Nie wiem jak przebiegał ostatni wieczór przed operacją w ich domu. O czym rozmawiała ta trójka udając , że nie jutro  skalpel będzie w głowie jednego z nich , że może przeżyje a możne nie, czy będzie widział, mówił,  chodził? Jakie myśli i lęki skrywali głęboko?

Operacja udała się. Nic złego się nie zdarzyło. Chłopaki z paczki spontanicznie zrzucili się , co który miał i mógł. Akurat starczyło na złożenie spermy w Banku spermy i jej przechowywanie przez rok, by kiedyś ewentualnie dziecię począć własnej krwi i kości. Zaraz  też zaordynowano chemię. Ma silny organizm. Chemie przeszedł bez zwykłych u innych komplikacji. Nawet czupryna została.

Kilka dni temu miał rezonans magnetyczny, by potwierdzić skuteczność leczenia , wykluczyć przerzuty. Marek czuje się dobrze. Ośmiela się więc planować życie. Tuż przed rezonansem powierzył swemu przyjacielowi postanowienie. Jeśli wszystko będzie dobrze , oświadczę się. Dziewczyna, dzielnie trwała przy jego boku w czasie choroby. Sekunduje mu caly czas.

To pięknie,że nie opuściła go w trudnej sytuacji. Choć jego reakcja na wieść o chorobie była typowa. Rozstajemy się, nie chce cię widzieć.  Kobieta przetrzymała strach, odrzucenie i wrogość. Była i jest.

I tylko mnie , na wieść o zamierzonych oświadczynach ścisnęło mi się serce. Ze strachu. Z żalu. Z niepewności nad losami tych młodych ludzi.

Żadna decyzja nie jest dobra. Przyjmie oświadczyny, wybierze niepewna przyszłość. Czy Marek dożyje późnej starości , czy będą wychowywać swe dzieci razem ? Wielka niewiadoma…

Odrzuci go , to zada mu śmiertelna ranę, bo uwierzył jej, że go kocha. Że jest to Kobieta na niepogodę…

…a ja co myślę? Gdybym była matką chłopaka skakałabym z radości ze taka perła  mu sie trafiła. Ale gdybym matkowała dziewczynie targały by mną wielkie emocje. Jak doradzic córce. Jak odradzic corce. Gdzie jest granica między ludzką miłoscią i poświeceniem , a zwykłym zdrowym egoizmem?

Jakakolwiek dziewczyna podejmie decyzje, bedzie ona zła.Odrzucenie kochanego człowieka , czy byc moze samotne borykanie sie z życiem. Bo chociaz z calego serca pragnę , by młody żył w zdrowiu i szczęsciu do póznych lat , w duchu powatpiewam czy to sie uda.


Moja znajoma, dziennikarka Carmen Eickhoff Cluwi sama hobbystycznie bawi sie w ten sport. Nie wiem jak go nazwać po polsku. Powiedziałabym , że jest to sport szalenie wysiłkowy, wymaga sprytu, siły i koordynacji grupy. Zawodnicy przebierają się w szkockie spódniczki i latają, dzwigając 50 kg kamienie, albo drzewo, rzucają na odległość,przeciagaja linę. Popisują się siłą jak Wikingowie. Drużyna  CARMEN właśnie zdobyła tytuł Mistrzowski .  Jest powód do  dumy.

A poniżej kilka fotek w wykonaniu Carmen z przebiegu zawodów.

 

 

 

 

„Copyright 2012! Das Copyright fuer Fotos / Bilder der Highland Games 2012 hat der 1. Nettetaler Highlander Verein e.V.

Zainteresowanych  odsyłam do linka powyżej. Tam można obejrzeć zdjecia z zawodów na całym świecie.

A dzisiaj dostałam link do filmu. Obejrzyjcie , bo wartoUśmiech


Niemiecki Fokus

Brak komentarzy

nic dodać , nic ująćZakłopotanie

Wczasy w mieście

4 komentarzy

Czasu za mało, grosza nie stało, wiec wczasy w mieście

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

i to by było na tyle Buziak

Mam 60 lat. Jestem sierotą. Od 8 lat sierotą. I nie ma prawie dnia , by chociaż przez moment nie mignęła mi jego twarz.

Im starsza jestem, tym jaśniej widzę i rozumiem jaki odcisnął na mnie znak. Nie, nie piętno, bo piętno ma ocień negatywny. Właśnie znak. Swój stempel.

Pamiętam ten straszny poranek, kiedy skończyło się moje dzieciństwo. Obudził mnie głuchy łoskot i cisza. Leniwie rozważałam czy wstać. Wewnętrzny imperatyw nakazał otworzyć oczy .. w progu pokoju leżałeś. Bezradny i cichy. Ta cisza była przerażająca. Lekarze, karetki i później trzymiesięczne czuwanie przy Twoim łóżku w odległym o 80 km szpitalu.

Rano wyprawiałam dzieci do szkoły, praca, by punkt 15 zatrzasnąc biurko i odpalić samochód. Musiałyśmy zdążyć przed 17, bo wtedy kończyły się godziny odwiedzin. Dziewczynki odrabiały lekcje na szpitalnych korytarzach siedząc na podłodze, jadałyśmy  w drodze powrotnej zakupione w przydrożnych marketach jakieś bułki i  parówki , czy co tam było. Czasami jakaś sąsiadka wyszła z garnkiem gorącej zupy poruszona naszym oddaniem. A Ty sobie spałeś i spałeś… Nie myślałam wtedy. Działałam jak automat. I nigdy mi do głowy nie przyszło , by choć raz opuścić jeden dzień.

Stawało się jasne, że kończy się dzieciństwo, że teraz ja przejmuje rolę przewodnika stada.

Później pięć lat. Nieważne że nie mówiłeś , nie chodziłeś, byleś sparaliżowany. Byłeś. Rozmawiałeś. Rozmawiałeś ze mną oczami.

Przed sobą mam czarną płytę pianina. Mam siedem lat. Panienki z dobrych domów grają na pianinie, malują, są grzeczne, ciche, nieśmiałe. Dobrze ułożone. Bębnię w te klawisze, wskazówka  zegara nad pianinem  z wolna się przesuwa. Zaraz trzecia. Wchodzisz do domu . Wyzwolenie. Już nie muszę grać. Wracasz do domu i wraca moje dzieciństwo. Wykłócasz się z mamą o moje wyjście na podwórko. Do dzieci. To takie prostackie, każdym gestem podkreśla mama, a ja o niczym innym nie marzę, by pobiegać jak inne dzieci z piłką , czy zagrać w dwa ognie. Kupujesz mi piłkę. Gumową. Odbija się wysoko. Jestem kimś. Dzieci bawią się ze mną. Do gry w palanta wybrałeś najlepiej leżący w ręce kijek. Ćwiczymy zamachy. Mało rozmawiamy. Raczej jesteśmy.To znaczy ja jestem. Grzeje się w cieple taty.

W sierpniu zaplanowałam zabezpieczyć dach garażu, może posmołować, uszczelnić pęknięcia, podciągnąć drzwi, bo się opuściły.Wreszcie wyśpię się w domu. Własnym domu.Tylko ta zdezelowana wersalka. Zawiasy się popsuły. Otwiera się na półokrągło, więc lepiej spać na połówce. A może kupić nową? Myśl dziewczyno, szepcze mi za uszami…podnieś, odkręć , sprawdź sprężynę , ewentualnie dokup nowe zawiasy.

Skąd ja to wiem ?…. Skąd wiem jak wymienić gniazdko, jak udrożnić zapchany zlew , podłączyć akumulator. Czemu wdaję się w dyskusję z majstrem , ze rurka 3/4, że trzeba zrobić obejście, że przed malowaniem ma umyć ściany , zaszpachlować , wygładzić. Skąd ja to wiem… Żaden majster mi nie straszny…. Skąd ja to wiem…

Poświeć tutaj, nie tutaj! Widzisz ? Jak ty widzisz to i ja widzę. Podaj śrubokręt, młotek, uszczelkę , próbnik, klucz 10. Niekończące się godziny domowych reperacji. Reperował wszystko. Żelazko i naszego pierwszego zółtego Moskwicza 403. Dłubał i rozkręcał, przykręcał , skrobał, dmuchał , chuchał. Znał na pamięć każdą śrubkę. Nawet nasz pierwszy telewizor, który mama wydziergała szydełkiem produkując serwetki. Metodą prób i błędów osiągał cel. Działało. A ja przestępując z nogi na nogę świeciłam latarką , podawałam narzędzia i nudziłam się jak mops. Potem pytałeś  jak byś to zrobiła ? Wykładałam swoje racje, a Ty z wilgotnymi oczami od śmiechu niezgrabnie głaskałeś mnie po głowie. I dalej majstrowaliśmy. Rzadkie to były chwile, bo panienki z dobrych domów mają grać na pianinie, deklamować wierszyki , wzdychać i być niewidoczne.

Długie miesiące byliśmy sami. Mama chorowała. Codziennie szliśmy kilometry do szpitala. Najpierw przez most na Dunajcu. Zimno i ciemno. Dmuchało. Mróz szczypał w oczy. Zawsze szedłeś tak, by mnie ochronić przed mroźnymi porywami wiatru. Czasem, kiedy wspinaliśmy się pod gorę do nowotarskiego szpitala niosłeś mnie chwilę , a wtykałam nos w cieple zagłębienie Twej szyi.

Pod mostem zakopianki rosły kaczeńce. Malutkie schodki prowadziły w dół. Zbiegałam , zbierałam kwiatki napominana by  nie wpaść w wodę i uważać na grząski grunt, a Ty sobie stałeś tam u góry i patrzyłeś. Co myślałeś? Pamiętam ten dzień. Podmokła łąka, kwiatki, słońce , nowy prochowiec i Twoja malejąca sylwetka na górze skarpy. Spacer. Jeden z niewielu.

W sierpniu  muszę ubezpieczyć samochód, zrobić przegląd. Mam nadzieję , że auto przejdzie go bezboleśnie. No i zatankować  cały bak. Oj będzie bolało.

Kiedy 30 lat temu  szukałam ratunku dla małej Nat , wpadłam na pomysł by pojechać do Centrum Zdrowia Dziecka. Tak bez skierowania. Koleżanka koleżanki dała kontakt do … koleżanki tam pracującej. Komunikat od Taty. Zbieraj się. Jedziemy. Jak  jedziemy. Benzyna na kartki , a do Warszawy  daleko. Pojechaliśmy. Nic nie mówił. Zadziałał. Obszedł zmotoryzowanych znajomych, kupował na lewo. Bak był pełny. I dzisiaj Nat ma 30 lat. Zdrowa, pełna życia , wykształcona. Szkoda ,że szczęścia szuka w świecie , bo dla mnie Polska to była dumą, matką i Ojczyzną. Pochody pierwszomajowe. Maszeruje wojsko. Łopoczą flagi, gra orkiestra. I ja dumna maszeruję z Tata za rękę. Po co słowa. Popatrz to Polska. Był czas , ze na widok biało czerwonej drżało mi serce z przejęcia. Byłam dumna zwiedzając Kraków, przerażona Oświęcimiem, wystraszona wielką Warszawą,oczarowana Gdańskiem i nadmorskimi plażami. Budowałeś tą miłość po cichu. Popatrz jak pieknie ….

Miałeś i swoje ciemne strony. Przecież byłeś człowiekiem. Wyliczać ? Po co. Wiem co mi dałeś. Klatka po klatce. We wszystkim co robię , co planuję, gdzieś jest Twoje echo. Tak jak Ty potrafiłam kochać bez pamięci, tak jak Ty równie silnie nienawidzić. Jestem gwałtowna, skora do wybuchów. Choć z wiekiem uspokoiłam się… tak jak Ty.

To dzięki Tobie okrutniku, gwałtowniku, sentymentalny głupcze sama wychowałam swoje córki. Sama ? Jakie sama. Bo chociaż dzieliło nas  dziesiat kilometrów zawsze byłeś. Pozwalałeś mi robić błędy. I to jakie!!! A Ty sobie patrzyłeś jak tonę , jak włażę coraz głębiej. I zawsze, jak topielca przy ostatnim wypłynięciu , łapałeś za włosy stawiając na twardym gruncie. Zacierałeś uciesznie ręce , bo robota wykonana. Czasem powrzeszczałeś. A jakże. Odpalałeś fiacika i tyle cię było. Radz sobie dalej sama. No … do następnego razu. Nie, nie byłam nierozsądna,roztrzepana, głupia. Byłam młoda i uczyłam się życia.Wpoiłeś mi , że ludzie są bezwzględnie dobrzy i nieraz dostałam za to po tyłku od życia. Tak się nie robi!  nauczałeś. Oj robiło się i robi. Czemu mnie oszukałeś ?

Dobry kierowca umie jeździć powoli. Uważnie wciskaj sprzęgło… a moja skrzynia biegów zgrzyta. No zgrzyta. Jak wtedy, gdy wiozłeś Floczka do szpitala , bo organizmowi zapomniało się sikać i lała się przez ręce. I tylko ta zgrzytająca  skrzynia i dzikie skoki samochodu mówiły jak jesteś zdenerwowany. A ja dalej jeżdżę  wolno i uważnie.

To wreszcie Ty pędziłeś 40 kilometrów by przywieźć małym pierwsze nowalijki. Ostrożnie w pudełeczku po zapałkach przywiozłeś 3 pierwsze poziomki. Oczy Ci wilgotniały jak opowiadałeś dzieciom, popatrzcie co dziadziuś dla was ma…To Ty byleś opoką dla małej Ew.Ty ja chroniłeś, obdarzałeś uczuciem za dwoje. Prowadziłeś za rękę i cieszyłeś się ze wszystkich jej małych osiągnięć. To w Twoją dłoń wkładała ufnie rączkę.

Buty. To Twoja obsesja. Kupowałeś wszystkim buty.Ty ze swoim bratem chodziliście do szkoły na zmianę , bo mieliście jedną parę butów. Buty. Całe mnóstwo butów. I właśnie kiedy odszedłeś , to zabrakło butów. KupiŁam Ci nowe. Pierwszy raz.

Nigdy nie powiedziałeś , że mnie kochasz. Bo i po co…..


  • RSS