Dzisiaj katar malutki co prawda, nie daje mi żyć.

Ani chora , ani zdrowa. To taki dla mnie najgorszy stan. Czuję rozbita , ciężka i leniwa. Głowa pobolewa.

Ech jesień…

Uświadomiłam sobie, że gdyby moja Nat była w kraju , to już za cztery dni dostałabym kopertę z lekami, serdeczną kartką , jakąś gazetką i książką. No gdyby była w kraju. Ale Australia daleko. Nawet nie wspomnę , że dopadły mnie jesienne dolegliwości. Po co ma się martwić.

Nat działa z sercem. Racjonalnie ale z sercem. Prawdziwie kocha rodzinę i o nią się troszczy na wszystkie możliwe sposoby. Ewa , młodsza, ma dobre serce , ale prawda jest taka , że nawet nie wpadnie na pomysł , żeby spytać  czy coś nie wysłać. Sama z siebie nic  raczej nie zrobi, co więcej miedzy nami jest tak wielki dystans, że nawet nie poproszę, i raczej nigdy nie proszę o jakąkolwiek pomoc, bo jak już  coś zrobi , to tak to opowiada, jakby  dokonała istnego cudu. Urodziłam ją, ale nie rozumiem. Nasze rozmowy to kupić, posiadać, mieć. Nie wiem co myśli , co czuje. Po prostu nie wiem.

Dzieci wychowane w tym samym domu , jedną ręką , a takie różne. Szkoda , że tak się stało.Jakie refleksje może przynieść zwykły katar.Chyba dlatego, że bardzo chciałabym dostać serdeczną dawkę pocieszenia. Choroba i tęsknota. Marzę się troszkę, ale nawet babcie miewają chwile słabości…..

A na razie leczę się witaminą C i Febrisanem , bo tylko to mam z sobą. Mam nadzieję, że nie złapię  zapalenia oskrzeli jak to najczęściej bywa przy moich przeziębieniach. Jestem na obczyźnie…….