Tutaj w De przebiegały jakby spokojniej.

Oglądam Polską TV i tam istne szaleństwo, spoty , reklamy, dyskusje mądrych głów.  Którą stację włączysz , tam bicie piany. Bilbordy ogromniaste gdzie się da. Z każdego kata spoglądają na nas najmądrzejsze w kraju głowy, mające niezawodne recepty na szczęśliwość ogólna. Dzień wyborczy to relacje, relacje, liczenie słupków…..

Tu spokojnie. Trochę plakatów z wizerunkami kandydatów, marnej zresztą jakości, parę przypomnień w tv.wyb

wyb2

Moi znajomi starszawi są. Więc na wybory do lokalu wyborczego nie wybrali by się. Za dużo fatygi. Po uprzednim zgłoszeniu telefonicznym, nie osobistym z tysiącem dokumentów potwierdzającymi tożsamość, dostali do domu grubaśne koperty z kartami do głosowania, wyraźną instrukcją i kopertą zwrotną , co ważne bezpłatną wysyłką. Na każdej kopercie wpisany był indywidualny numer wyborcy bez nazwiska i adresu.karty A że do skrzynki pocztowej daleko, wiec po prostu włożyliśmy koperty z kartami do głosowanie do domowej skrzynki pocztowej z prośba do pana listonosza o wzięcie  korespondencji ze soba i już. Już widzę polskiego listonosza jak odbiera  korespondencje do wysyłki :oops:

dziadki

Zasiedli w kuchni i pracowicie czytali  instrukcje, potem obejrzeli karty do głosowania, które z namaszczeniem wypełnili i już.

 

Witaj na świecie Jeremiaszu

1 komentarz

 

21 lutego 2014 o godzinie 15.10 przyszedł na świat . 3160 g i 55 cm.

                                                                                                                                                                    Witaj na świecie mały

Pamiątka rodzinna

Brak komentarzy

Magdalene odwiedza moja babcie, którą opiekuję się w miarę regularnie.

Wielka kobieta, sterana życiem, a jednak uśmiechnięta i naiwnie radosna. Koleżanka mojej babci z  młodości, wydała się za maż  w jednej koszulinie za dziedzica gospodarstwa rolnego. Duża rzecz.

Odpracowała  ten awans wielokrotnie , bo nie dość ze nic nie miała , to jeszcze choleryka dostała, a do tego skąpego i złośliwego, który nigdy nie zapomniał ze posagu nie miała. No bo jak miała mieć , kiedy dzieckiem będąc wypiastowała jako najstarsza 12 rodzeństwa. No może nie cała dwunastkę , bo pewnie za mala była by tak od razu pracować.  Nie mniej jednak, od najwcześniejszych lat pomagała matce jak mogla i umiała w prowadzeniu domu i opiece nad licznym rodzeństwem. Magdalene ma ręce wielkie jak bochny chleba i spracowane, bo los tak dał.

Często rozmowa zbacza na ważne dla starszych tematy. kto żyje , jak żyje  i wreszcie kto zmarł. Omawiane są losy wszystkich znajomych ich dzieci i wnuków.

Magdalene często wspomina swe młode lata jak to opiekowała się rodzeństwem. Wspomniała też , że jej siostra szuka medalu matki , i lekkim zawstydzonym chichem  wyznała że ona go ma.

Jaki medal???? pytam z zainteresowaniem. Oj przywiozę następnym razem… i przywiozła  KRZYŻ MATKI  nadany jej matce przez wodza III Rzeszy Adolfa Hitlera.

 

 

 

 

 

 

 

Krzyż ten jej matka otrzymała po urodzeniu siódmego syna.

 

 

 

 

 

Za Wikipedią

Krzyż Matki (pełna nazwa niem. Ehrenkreuz der Deutschen Mutterpol. Krzyż Honoru Niemieckiej Matki, w skrócie Mutterkreuz) – order w formie krzyża ustanowiony przez Hitlera 16 grudnia 1938 w drodze rozporządzenia.

Przyznawany był wielodzietnym matkom w 3 klasach: złotej, srebrnej i brązowej.

  • Mutterkreuz in Bronze (Brązowy Krzyż Matki) – za 4-5 dzieci
  • Mutterkreuz in Silber (Srebrny Krzyż Matki) – za 6-7 dzieci
  • Mutterkreuz in Gold (Złoty Krzyż Matki) – za 8 i więcej dzieci

Odznaczenie nadawano w ramach tzw. „Wojny urodzeń” („Geburtenkrieg”). Otrzymać go mogły tylko określone kobiety (spełniające m.in. kryteria rasowe). Z góry wykluczone były matki „aspołeczne”, jak również „rasowo” lub „umysłowo małowartościowe”.

Magdalene jednak powiedziała mi , że krzyż ten dawano tylko po urodzeniu stosownej ilości synów. Nie wiem więc, jaka jest historyczna prawda. Taka wersję nadania krzyża ,  tj. że nadawany był za urodzenie  synów, podała Magdalene, której dobre pochodzenie rasowe  nie ulega wątpliwości .

Kopciuszek

Brak komentarzy

Szykuje się na wielkie wyjście…. Towarzyszy mi Zuzia.

Buzie pomaluj na cerwono, o tak, i pokazuje usta w ciup… rzęski sobie zrób….

po czym krytycznym wzrokiem ocenia i mówi , i sklane pantofelki też….

No i co , Kopciuszek jestem, czy co???? sklanych pantofelków brak i wróżka o mnie zapomniała

Pocztowe perypetie

Brak komentarzy

W marcu wysłałam do mojej córki i mojej przyjaciółki do Australii listy, takie po kilogramie. Właściwie były to małe paczuszki, ale w kopertach z bąbelkami.

Bardzo starałam się, by dotarły przed świętami wielkanocnymi , bo w liście do córki wysłałam trochę wielkanocnych dekoracji, których brak w Australii, trochę leków,i jakieś tam duperele, żeby dzieciaki poczuły się jak w Ojczyźnie. Taka małą namiastkę domu. Nic specjalnego, ot mama wysłała, pamiętała. Do przyjaciółki wysłałam upragnioną formę do pierogów, bo lepienia pierogów fanką jest, i kartki świąteczne do australijskich znajomych wraz z drobnymi upominkami. Malutkimi ,bo cóż można zmieścić w paczce w kształcie listu i to jeszcze do 1 kilograma.

Moje listo-paczki zatoczyły krąg. Właśnie odebrałam je z powrotem tu w Niemczech. Dotarły do Australii, i wróciły.

Jedna źle zaadresowałam, a drugą zaadresowałam tak jak poprzednie ,ale widać nie dość czytelnie dla australijskiego listonosza. Tak jakby czytać nie umiał. Na liście wyraźnie stoi numer mieszkania, ale nie doczytał i paczka wróciła.

Jest już lipiec. Od polowy marca paczki krążyły po świecie.

A ileż to nagadałyśmy się , że złodzieje, że to okradli , że pewnie w Niemczech, a może w Australii. Było toczenia piany, oj było……

A Australijczycy to nawet jedną z kopert w folię zapakowali , bo koperta cosik rwała się, i nawet 15 dolarów które włożyłam , bo zostały z pobytu ,wróciły.

Ha i jak tu nie wierzyć w dobre ludzkie chęci.

Jutro przepakowane wysyłam listem poleconym.

Uważnie napiszę adresy i na pewno dojdą !!!!!!!

Mandat z fotoradaru

Brak komentarzy

No i doczekałam się.

Poczta przyszła jak zwykle. Jak zwykle dziadek Frydrich z pietyzmem zasiadł do jej otwierania, otoczony wszelkimi potrzebnymi akcesoriami. Nóż do rozcinania kopert,długopis i ze trzy notatniki. Na każdej kopercie z pietyzmem wypisuje datę , po czym otwiera list, wpisuje datę na liście,i uważnie czyta.

Czyta raz, po czym drugi , by z filuternym uśmiechem podać mi pismo.

Patrzę i widzę swój bild  za kierownicą. Prędkość przekroczona o 7 km/h. 15 euro mandatu, i nie ma zmiłuj się.

No cóż, zapłaciłam. I byłam zła, bo dziadek mnie popędzał i denerwował się, że jadę za wolno. I kto zapłacił???

Kierowca. No jasne, że ja prowadziłam, ale czuję jakąś taką niesprawiedliwość , bo popędzał, pojękiwał ,że nie zdążymy na urodzinowy obiad u szwagierki.

A ja głupia stara mogłam nie słuchać , ale te wieczne narzekania strasznie mnie stresują i chciałam już jak najszybciej być u celu.

Zresztą dziwna sytuacja była, bo dziadek chciał zapłacić ten mandat , ale babcia na moją propozycję , że zapłacę, nie powiedziała nie , ale cała swą postawą określiła swoje stanowisko.

A co tam , 15 euro nie majątek,a jednak szkoda.

Cmentarny obyczaj

Brak komentarzy

Byłam na wielu cmentarzach w DE. I marzy mi się tak…

       

  Koneweczki czekają,grabki  i inne przydatne narzędzia potrzebne do pielęgnacji grobów czekają.

I nikomu nie przyjdzie do głowy, by zabrać je do domu……      

Jak na razie , u siebie walczę ze znikającymi roślinkami, kwiatami z wazonu…..

A może by tak i u nas wprowadzić ten dobry obyczaj????

UDA SIĘ ?????  Etam , nie ma szans

                                                                                                                                 

Aparat fotograficzny

Brak komentarzy

W ubiegłym roku poprosiłam syna moich podopiecznych , by kupił mi w internecie, bo taniej, aparat fotograficzny.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy moi podopieczni powiedzieli mi, ze aparat jest w prezencie.Tym bardziej , że byłam u nich od niedawna, i jeszcze jakoś szczególnie nie zasłużyłam na taki drogi prezent. No super . Ponad 200 euro zaoszczędzonych.

Cieszyłam się jak dziecko. Latałam z aparatem gdzie tylko się dało. Ćwiczyłam , fotografowałam, próbowałam…

Aparat pojechał ze mną do Brisbane , a tam , no istne szaleństwo. Fotom nie było końca.

Najpierw zaczęła złazić farba z obudowy. No trudno. Potem zaszkodził mu klimat, i działał jak sam chciał. Raz foty wychodziły super, innym razem nie mogłam zmusić mojego aparatu do współpracy.

Wróciłam , oddałam do naprawy gwarancyjnej. Wrócił niby naprawiony. Foty robił.A jakże. Po dwóch tygodniach właczam aparat, a on sobie burczy, bzyka , pochrumkuje. Pytam zaprzyjażnionego sąsiada czy tak ma być???Bo może ja nie znam sie na aparatach.  Suma sumarum  uczynny sąsiad zadzwonił do  sprzedawcy, i w efekcie wysłałam aparacik do ponownej reperacji.

Właśnie wrócił. I dacie wiarę??? Przysłali mi nowiutki aparacik.

 

Muszę powiedzieć, że w Niemczech naprawa gwarancyjna to fraszka. Przynajmniej w tym konkretnym przypadku. Szybko , sprawnie i bez wydziwiań. Troszkę obawiałam się , gdyż australijski klimat, dużą wilgotność powietrza, wiatry na oceanem na pewno wpłynęły na jego funkcjonowanie i obawiałam się oceny, że usterki są wynikiem nie tyle złego obchodzenia się ,a ekstremalnych warunków. A tu nic. Szybko, sprawnie i bezboleśnie.

Jakże inne doświadczenie po próbach reperacji poprzedniego aparatu , kupionego w kraju, w Polskim serwisie, gdzie znaleziono tysiąc i jedną przyczynę umyślnego uszkodzenia aparatu.I odmówiono naprawy gwarancyjnej, oferując naprawę na mój koszt,zbliżający się do kosztu kupna nowego aparatu. No cóż. Podjęłam jedyną słuszną decyzję, i stąd zakup nowego.Czasami u nas w kraju , jesteśmy świętsi od Papieża, a okazuje się ,w w innych krajach naprawa gwarancyjna to normalna  procedura.

W Australii jest jeszcze lepsze podejście do klienta. W okresie gwarancyjnym , może on stwierdzić, że zakupiona rzecz nie odpowiada mu jednak, nie spełnia jego wymogów , kolor nie taki , i grzecznie wymieniają w sklepie na inny produkt lub zwracają pieniądze.

Po prostu super.

 

 

Zuzanki foty

Brak komentarzy

 

Fotki niestety nie moje , ale piękne

Tortownica o średnicy 26 cm

Ciasto:
150 g mąki
50 g mąki ziemniaczanej
100 g cukru
1 cukier waniliowy
1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
skórka otarta z połowy cytryny
3 żółtka
10 dag masła
6 łyżek mleka
500 g rabarbaru

Beza:
3 białka
150 g cukru
40 g płatków migdałowych
Rabarbar, nie obrany, kroimy na mniejsze kawałki.
Margarynę ubijamy mikserem z cukrem i cukrem waniliowym do białości.

Następnie dodajemy żółtka i skórkę z cytryny. 

Wsypujemy mąkę, mąkę ziemniaczaną i proszek do pieczenia. Na końcu dodajemy mleko.

Całość dokładnie mieszamy. Ciasto powinno wyjść gęste, ale jednolite. Ciasto rozsmarowujemy w tortownicy wysmarowanej tłuszczem.

Układamy rabarbar, delikatnie wciskając go w ciasto.

Tortownicę wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni na 30 minut.
  Międzyczasie ubijamy białka na sztywno. Partiami wsypujemy cukier i ubijamy aż beza będzie lśniąca i gładka.

Po 30 minutach wyjmujemy ciasto z piekarnika i delikatnie i równomiernie rozprowadzamy na nim bezę.

Całość posypujemy płatkami migdałowymi i ponownie wkładamy do piekarnika, tym razem na 20 minut, aż beza się zezłości.

Gdyby wierzch zbyt szybko brązowiał, można w czasie pieczenia położyć kawałek papieru.


  • RSS