Wpisy z tagiem: tradycje

Niewiele w Niemczech jest starych, rozpadających sie budynków. Najczęściej  są wyburzane i na ich miejsce  stawiane nowe , lub zakładany  zieleniec. Stare budynki to rzadkość. Mnie jednak udało się taki zobaczyć.

W Hanowerskim  okręgu wszystkie stare budynki  budowane są metodą muru pruskiego. Czyli szkielet z drewna wypełniony cegłą. Tak budowane były   zarówno budynki mieszkalne jak i gospodarskie

 

 

 

 

 

 

 

ta  tabliczka na szopie ma pewnie ze sto lat

 

 

 

 

 

 

wewnątrz stodoły stare koło od wozu.  Stara drabina i trochę słomy.   A obok widok dachu od środka

 

te koła tez są wiekowe. Takie drewniane z metalowa obręczą.

Na górnej konstrukcji leżą i czekają na nowego właściciela,który doceni ich piękno deski olchowe. Piekne jasne i suche.

Ziemniaki z marchwią

1 komentarz

no to spróbowałam cud przepisu, za którym tęskniła moja podopieczna. Szczerze ? takie sobie.

Kartofle i marchew obrać , pokroić w kostkę ugotować  soląc. Dodać pokroją pietruszkę. Dodałam jeszcze trochę masełka na omastę.

I to za ziemniaki robi , albo makaron czy ryż .

Można zjeść . Czemu nie. Ale żeby to jakieś super smaczliwe było to nie powiem. Pewne jest jedno.Jak mamy za mało ziemniaczków do obiadu ,  to czemu nie.

Loty balonem

11 komentarzy

Zostałam zaproszona żeby obejrzeć lot balonem.

Oto samochód z przyczepka w której mieści się podniebny żaglowiec

Dla zainteresowanych info, po kliknięciu na zdjęcie obejrzycie je w pełnoekranowym wymiarze.

 

 

 

 

 

tu wyjmowana jest czasza balonu. Ciężka ze aż strach.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

a tu kosz , w którym szybuja podniebni zdobywcy przestworzy

 

 

 

 

 

 

na koszu montowany jest stelaż a na nim urządzenie do podgrzewania powietrza. To ta spirala.W koszu jest niewiele miejsca dla pasażerów, ale miejsce muszą znaleźć wszystkie niezbędne urządzenia, w tym butle z gazem do podgrzewania powietrza

 

 

 

 

 

 

 

 

Pilot odpowiada za wszystko. W tym roku był to jego pierwszy podniebny lot, w którym sprawdzał funkcjonowanie wszystkich urządzeń, szczelność powłoki.Do lotu balonem niezbędne są odpowiednie warunki pogodowe. Wszystko jest ważne.Przed startem wypuszcza się próbnik, taki mały balonik i mierzy się siłę wiatru.Wcześniej jednak trzeba uzyskać pozwolenie na lot, tak by był on  bezpieczny i jednocześnie nie kolidował z lotami samolotów z pobliskiego lotniska

 

 

Loty balonem to bardzo drogie hobby. Koszt jednego balonu kształtuje sie w granicach 180.000 euro. To tyle , ie kosztuje  wybudowanie małego domku. Wiele firm sponsoruje zakup balonu i umieszcza na powłoce swoje logo.Wymagając jednocześnie od pilota określonej liczby lotów.

Sam zakup balonu jest jednak jedną z części tego kosztownego hobby. Niezwykle drogie jest ubezpieczenie, 1000 euro, koszty licencji, nieustanne szkolenia , a także części zapasowe. Dziwnie to brzmi, części zapasowe, ale są to rożnego rodzaju linki, powłoka balonu, która czasem ulega rozdarciu, czy butle gazowe lub nagrzewacz.

 

 

 

 

 

ustawia się wielki wentylator,który będzie nadmuchiwał balon zimnym powietrzem

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

tak wygląda kosz z zamontowanymi wszystkimi częściami. Kosz kładziony jest na boku na murawie i przyczepiony specjalnymi linami do powłoki balonu

….. bo za zachodnią granicą goście nie są końcem świata. Po pierwsze ich wizyta jest zapowiedziana na wiele dni lub tygodni naprzód i wpisana w kalendarz. Po drugie obowiązuje nas obecność w domu i tyle. Z początku mojego tu pobytu gorliwie miotałam się, chciałam jak najlepiej ugościć, proponowałam po polsku kawę bądź herbatę, przez co uchodziłam za dziwadło.

Jeżeli goście zapowiedzieli wizytę , to spokojnie  stawiamy wodę mineralna , szklanki i jest ok. Czasami gdy odwiedzającym jest mężczyzna podajemy piwo i niekoniecznie do niego szkło, bo tutaj panowie lubią sobie pociągnąć z butelki.

W zależności od rangi odwiedzającego, który sam sie zapowiedział, w czasie popołudniowej kawy, podajemy kawę z automatu w termosie, brrr, i keksy /czyli ciastka suche z pudełka/. Mianem keksów nazywane są wszelakiej maści kupne ciasteczka.

Zapraszając na popołudniowa kawę nie zapominajmy, że należałoby upiec ciasto , bo tak sformowane  zaproszenie nijako nas do tego obliguje. Często też, zamiast ciasta upieczonego samodzielnie podajemy kupne, które  nabędziemy w każdej Bakerai tzn piekarni, czyli tam gdzie są bułki i chleb. Sprzedawane są duże kawałki tak w granicach 10x10cm więc spokojnie je dzielimy. Niemieckie gospodynie są mistrzyniami wypieków. Najczęściej podaje się ciasta na cieniutkim kruchym spodzie z owocami i galaretką i do tego masa bitej śmietany /Schlagsahne/, którą podajemy na oddzielnym talerzyku lub w szklanej salaterce.

W niektórych kręgach organizuje się śniadanie. To wygodna forma , nie wymagająca większych nakładów finansowych, a dająca wystarczające uhonorowanie ważnych gości, ale nie rodziny np. wizyta księdza lub pastora z gratulacjami urodzinowymi, czy urodzin dla ważnych, ale nie najważniejszych znajomych. Często też śniadania urządzają sobie panie z jakiegoś kręgu np Golfklub, Landfrauen itp.Takie śniadania odbywają się najczęściej raz w miesiącu w kolejnych domach uczestniczek. Śniadania te są jakby bardziej uroczyste od codziennych domowych, ale bez przesady. Podawane najczęściej w pokoju stołowym. Sztuka polega na tym, żeby ładnie nakryć stół i ładnie podać.Obowiązkowo podajemy świeże bułki, masło, 2/3 rodzaje wędlin, jakiś ser żółty. Żadnych sałatek i innych czasochłonnych potraw. Sztuka polega na tym , że ma leżeć na stole tyle by wystarczyło, ale nie za dużo. Ponieważ bułki są stosunkowo drogie i same w sobie są rarytasem, więc podajemy ich parę rodzajów, tych z wyższej półki, średnio w przeliczeniu 1 i 1/2 na osobę. A że w gościnie nie należy najadać się, wiec policz plastry wędlin czy sera z założeniem, że na jedną bułkę powinien wystarczyć jeden plaster i trochę na zakładkę, dla bardziej głodnych. Spokojnie można też podać Schmirkesse , czyli wszelkiego rodzaju serki topione, i obowiazkowo biały ser/ Quark/ , do tego jakieś konfitury lub miód.

Tak urządzone śniadanie , z reguły nie obciąża budżetu domowego, bo podajemy właściwie to co mamy w domu.

Inaczej rzecz ma się z wielkimi uroczystościami. Z reguły organizowane są one w restauracjach, lub dla oszczędniejszych w przy parafialnych salkach. Goście przyjeżdrzają , pobawią się i odjadą do swoich domów. Takie przyjecie nie obciąża więc domu, bo nikomu do głowy nie przyjdzie , by doń wstąpić, czy nie daj Boże zanocować. Od nocowania są hotele w prawie każdej dziurze. Niemcy swój dom traktują jak twierdzę i niewiele osób jest doń wpuszczanych.

Panie i panowie często też graja w karty. Tu, tak samo jak ze śniadaniami gra w karty odbywa się rotacyjnie i podaje się tylko wodę mineralna lub piwo.

Niemcy celebrują urodziny. Pierwszym pytaniem po zapoznaniu jest , ile masz lat, lub w którym roku urodziłaś się. Urodziny  to najważniejsze święto w roku.

Osobnym tematem są prezenty. No, prezenty w Niemczech to cała sztuka i wierzcie mi, że zaproszenie do domu solenizanta nie wywołuje popłochu.

Idąc z wizytą sąsiedzką bierzemy, albo i nie, coś z piwniczki. Zatem wszelkiego rodzaju dżemy, soki , przetwory własnej roboty są jak najbardziej na miejscu i taktowane szczególnie uważnie. Pamiętajmy jednak, że przetwory mają być słodkie. Wiec zamrożony bigos odpada. Jak nie ma niczego w podorędziu, to tabliczka czekolady, mikroskopijna bombonierka na 3-4 czekoladki,paczka wafelków. Czyli upominek ma być nie zobowiązujący. Droższe upominki wywołają raczej konsternację niż zadowolenie.

Udając się na zaproszenie np. na urodziny , nie kupujemy wiąchy kwiatów i wypasionego prezentu. Jeśli chcemy podarować kwiat to np. orchideę w doniczce lub tez koszyczek, a w nim parę produktów spożywczych np. miód, pasztet w słoiku, kawałek lepszej wędliny, lepszy ser, czyli produkty z wyższej półki, ale bez przesady. Te droższe z Lidla czy Aldi też się nadają.Mrugnięcie okiem Ładnie zapakowany w celofan koszyczek czy  skrzyneczka  jest pożądany prezentem.

Inni  wreczją solenizantowi ładną kartkę. I tu uwaga. Często spotkacie się z kartkami, w których jest malutka kopertka na zewnątrz lub wewnątrz. Decydując się na taka kartkę wkładamy do kopertki od 10 do 20 euro. Nie więcej. I ta dwudziestka to dla szczególnie bliskich bądź ważnych osób.

Musimy też wiedzieć , że Niemcy kochają daty i wydarzenia. W wielu wydarzeniach uczestniczą z daleka. Ale ważne jest że uczestniczą. W zaprzyjaźnionych kręgach urodziło się  dziecko, u sąsiadów była 1 komunia lub konfirmacja, 25 lub 50 lecie pożycia małżeńskiego. Te wszystkie wydarzenia są omawiane w domach i często podawana jest karta z wkładką / szczególnie dla dzieci/ jako akcent dobrosąsiedzkich kontaktów podtrzymujących więzi.

I tylko jednego nie rozumiem. Na czym tu polega przyjaźń i jak wyglądają więzi sąsiedzkie. Bo tego nie widziałam , nie doświadczyłam. Dla mnie polki dziwnie tu chłodno…

Receptury i przepisy

10 komentarzy

Wczorajsza rozmowa z moja jedyną przyjaciółka stała się przyczynkiem do otworzenia nowej kategorii na blogu.                                                

Receptury i przepisy.

Nasze nocne skeypowe rozmowy, bo u niej ranek i czas na poranna kawkę , u mnie noc i ostatnie herbatka , ubogacają mnie, moje myślenie i spojrzenie na świat.

I mimo dzielącej nas międzykontynentalnej odległości i prawie 20 letniej różnicy wieku, w przyjaźni to maja druga połówka jabłka.

Receptury i przepisy to taki sobie misz masz.

Receptury , bo moja przyjaciółka ostatnimi czasy żywo zainteresowała się medycyną naturalna i cześć naszych rozmów to odgrzebywanie z pamięci wiedzy, zasłyszanych gdzieś  receptur pt. jednej pani to pomogło, i kiedyś tak lekceważonej przeze mnie wiedzy i zainteresowań mojej mamy, która rodzinnie po cichu traktowana z pewnym lekceważeniem za jej artystyczną duszę, inność i przywiezione z kresów wierzenia, bajki i metody uzdrawiania , i atmosferę lekkiego porozumienie z istotami wyższymi.

I teraz w czasie rozmów z I. wracają słowa matki jak zza mgły i okazuje się, ze była to cenna wiedza,którą w swej arogancji zgubiłam. I teraz  już u schyłku życia uświadamiam sobie jak wiele straciłam.

A że marzeniem I., które ciągle jest w fazie zamiaru, jest stworzenie zielnika i wielkiej księgi wiedzy o medycynie naturalnej, zapiszę to, o czym rozmawiamy. I choć pewnie takich zapisków w internecie jest miliony, to te , będą te jedyne , bo nasze…

Kocham Polskę  ze spontaniczność…

W Niemczech , tym poukładanym, po regulowanym kraju spontaniczność ??? No pewnie gdzieś tam jest, ale żyje się według kalendarza.

Kalendarz to święta rzecz.

W każdym domu w centralnym miejscu wisi kalendarz, nie takie jak nasze z widoczkiem kalendarium. O nie. To kalendarz  typu biurowego, z miejscem na wpisy. A w nim , na tygodnie wcześniej zapisane , zaplanowane wydarzenia. Zwykłe  sprawy. Kawa z koleżanką dnia … o godzinie 15. Wizyta rodzinna w godzinach 10-12./Nie trzeba się martwić co postawić na stół,tak określony czas wizyty sygnalizuje, że jeść nie będą choćby umierali z głodu. Czemu? BO SA NIE ZAPLANOWANI. Zresztą na obiady się nie zaprasza.Wyjazd na urlop wielkimi literami zaznaczony na początku roku. Wizyta lekarska, termin do fryzjera czy pedikiurzystki.Wszystko na tygodnie, miesiące wcześniej. Nie trzeba się martwić, że ktoś wpadnie nie zaplanowany, a ty masz wałki na  włosach i wiatr w lodówce. Nikt nie wpadnie, bo nie uzgodnił terminu , nie trzeba go karmić bo goście maja się najeść w domu , a u Ciebie to najwyżej wody dostana. No, zapowiedziani na popołudnie, z wyraźną zapowiedzią na kawę, kawę dostana i ciasto , albo i nie.W zależności od rangi gościa.

Częste kontakty telefoniczne jakby zabezpieczają potrzebę życia we wspólnocie. Ludzie do siebie dzwonią.Często jest tak, że pani X  dzwoni w poniedziałki , a inna pani w piątki. Regularnie. Wiadomo, że tego dnia zadzwoni. Dzwoni i odrabia swa lekcje z życia we wspólnocie.Pogadają , poplotkują , jak najmniej o swoich ważnych sprawach.To zbyt osobiste.Do następnego razu.

Kalendarz. Widziałam kalendarze , gdzie planuje się termin telefonu do znajomego.Tak , by nie za często, ale tez nie za rzadko dzwonić i podtrzymywać kontakt.

I nie ma tu nic  spontanicznego naszego przaśnego. Spotykasz Kasie, Marysie gadacie na ulicy a często idziecie tak z marszu na kawę i gadacie , bo właśnie dziś nam w duszy gra i zupełnie nieważne ze zlew pełen garów, obiad w powijakach.Bo jakże się inaczej wygadać, pożalić. Czekając na termin?

Póki na Europa nie przemieliła i urobiła nas na własne kopyto wmawiając ze Walentynki są ważniejsze od Kupały, a Halloween od Wszystkich Świętych, pielęgnujmy nasza spontaniczność w kontaktach z innymi nie nadużywając jej.

Uwielbiam objadać się słodyczami , no w granicach rozsądku. Lubię nowe smaki.

Dzisiaj zaczęłam robić Rumtopf czyli smakowity dodatek do wszystkiego słodkiego .Właściwie robi się sam i na Boże Narodzenie jak znalazł. Świetny dodatek do deserów, lodów i ciast.

Polecam leniom i niesystematycznym.

Ów napój alkoholowy to nic innego jak mieszanka owoców z rumem.Trunek przygotowuje się wg starej bawarskiej receptury . W dosłownym tłumaczeniu Runtopf oznacza garnek z rumem.

Tworzy się go wiosny do późnej jesieni.

Potrzebujemy

  • gliniany garnek z pokrywka, a jak nie ma glinianego to wystarczy słój szklany

/dobrze go potem owinąć w ciemny papier.Ja wykorzystałam papierowa torebke/

  • RUM / wysokogatunkowy   np 54%                           
  • owoce
  • cukier kandyzowany

Zaczynamy od truskawek, potem inne owoce byleby były slodkie. Pokrojone owoce wsypujemy do słoja, zasypujemy cukrem kandyzowanym  zalewamy rumem  . Szerokość poszczególnych warstw taka na 3 palce.

Dodając kolejna warstwę owoców dolewamy nowa porcję rumu.

Ja swój garnek wzbogaciłam rodzynkami. Są świetne.

Spotkałam tez drobniutko pokrojona skórkę pomarańczowa , ale jeśli na nią się decydujemy , pamiętajmy , ze  pomarańcze muszą być Bio, tzn nie pryskane.

W skład dobrego Tutii-fritti powinny wchodzić poziomki,  truskawki, maliny, czereśnie, wiśnie, porzeczki, brzoskwinie, morele, gruszki i śliwki.Poza jabłkami, czarnymi porzeczkami i jagodami, gdyż ich obecność jest niewskazana.

Nawet zwykły budyń waniliowy z dodatkiem owoców tutti-frutti smakować będzie inaczejUśmiech

 

 

…Nie dalej jak wczoraj /18.06.12  w NDR niemieckim kanale tv/ oglądałam reportaż z miejscowości Dalmenhorst.Traktował on ni mniej ni więcej o aktach wandalizmu na cmentarzu żydowskim. Poprzewracane nagrobki,pogruchotane tablice,zamalowane napisy. Jakby tajfun przeszedł. Po zdewastowany cmentarzu oprowadzał i szkody pokazywał miły Pan w jarmułce. Odniosłam wrażenie ze cmentarz ten dalej funkcjonuje wnosząc z formy i materiału nagrobków.

….W pewnej rodzinie,w której przebywałam , 23 lata temu pewna bardzo brzydka Niemka bez pamięci zakochała się w Persie. Dzisiaj nazwalibyśmy go Irańczykiem. Jak zwał tak zwał.Owocem tej szalonej miłości, wybitnie uzdolnionej studentki była córka Anahita. Miłość się skończyła ze strony Persa,młoda matka się rozpiła, a dziecię jak z obrazka tułało się to tu,to tu, by wreszcie wylądować na czas jakiś u dziadków na wychowaniu. Różne były jej koleje losu. Koniec końców dziewczę szkoły skończyło i zaczęło rozsyłać Bewerbung /CV/. Setkami. Jej szkolne koleżanki już dawno znalazły pracę,a dziewczę nie.Na ponad sto rozesłanych CV zaproszono ją na 3 rozmowy.Bez spodziewanego skutku.A dziewczę wygląda  tak,jakby ani kropelka niemieckiej krwi w niej nie płynęła. Rzuciłam mimochodem. Anahita wyrzuć zdjęcie z CV. Popatrzyła ze zrozumieniem, wyrzuciła,rozmów się namnożyło aż prace znalazła.Dużo poniżej kwalifikacji, ale jednak.I choć urodzona przez Niemkę, wychowana na Niemkę, urodę … no cóż odziedziczyła po tacie. Żyła i żyje jakoś na krawędzi. Bez szkolnych i młodzieńczych przyjaźni z czystymi Niemcami,odrzucona przez Irańczyków z racji wychowania,obracała się w gronie młodych również na krawędzi. Młodych Rosjan, w  środowisku  domowym posługujących się  językiem rosyjskim, urodzonych i wychowanych już  w Niemczech, białej rasy, ale jeszcze nie Niemców.

Dzisiaj rozmawiałam z Fracem P. Urodzonym w Gdyni. Powiedział mi ciekawą rzecz. Dlaczego Polacy postrzegani są jako naród złodziei samochodów? To proste, był czas , ze w prasie nagminne były artykuły o kradzieży samochodów.Nagłówki krzyczały-Polscy złodzieje samochodów znów w akcji. I ponoć było bardzo dużo tych artykułów. A kiedy teraz prasa pisze o ulicznych burdach to na dole materiału malutkimi literami dopisek. Sprawcami były osoby posługujące się innymi językami, lub tez rasy czarnej. Frank, spytałam, to Niemcy nie kradną nie rozrabiają ? Jego odpowiedz była bezcenna.O tym się nie pisze.

Na każdym kroku podkreślana jest tolerancja,a pod skóra tkwi… najczystszy rasizm. Niewypowiedziany,ale naród dzieli się na prawdziwych Niemców, wschodnich Niemców, Niemców wypędzonych i tych przybyłych z Rosji,najczęsciej z Kazachstanu-białej rasy, którzy Niemcami staną się za parę pokoleń i Turków, ale to odrębny temat.

Poprawność polityczna mówi o jednym narodzie, a życie swoje

to ważne, byśmy dobrze rozumieli zjawiska którymi rządzi się współczesny świat i kraj w którym przyszło nam pracować

POLITYKA 16.06.2012

„Polskie obozy śmierci” efekt uboczny niemieckiej polityki historycznej – Bogdan Musiał

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Tekst zasługuje na szerokie rozpowszechnienie i dokładne przeczytanie.

W czasach PRL-u popularny był dowcip o wyższości propagandy komunistycznej nad propagandą Goebbelsa: „Gdyby propaganda Goebbelsa była taka skuteczna jak komunistyczna, to Niemcy do dzisiaj nie mieliby pojęcia, że przegrali wojnę”. I oto okazuje się, że kawał z czasów PRL-u stał się rzeczywistością, a niemiecka polityka historyczna dorównała w skuteczności komunistycznej propagandzie

W Waszyngtonie odbyła się dwa tygodnie temu ceremonia pośmiertnego uhonorowania Jana Karskiego, kuriera polskiego podziemia, Prezydenckim Medalem Wolności. Podczas wygłaszania laudacji Barack Obama użył sformułowania „polskie obozy śmierci”, mając na myśli niemiecki obóz przejściowy dla żydowskich ofiar Holokaustu w Izbicy k. Lublina. Te słowa wywołały falę oburzenia w Polsce oraz wśród Polonii, czemu trudno się dziwić.

Incydent ten dowiódł po raz kolejny, że problem używanego na Zachodzie sformułowania „polskie obozy śmierci” istniał i wciąż istnieje. Przy czym nie jest to efekt niewinnego przejęzyczenia czy też skrót myślowy nawiązujący do miejsca geograficznego, gdzie te obozy funkcjonowały, jak wielu przekonuje. Przecież nikt nie mówi i nie pisze o obozie koncentracyjnym w Dachau jako „bawarskim obozie koncentracyjnym”, o obozie koncentracyjnym w Mauthausen jako „austriackim”, o obozie w Teresinie jako „czeskim”. Natomiast całkiem normalne jest jakoby pisanie o „polskich obozach śmierci”, ponieważ niemieccy okupanci wybudowali je na terenach podbitej Polski.

Ta sytuacja jest efektem ubocznym niemieckiej polityki historycznej, która okazała się bardzo skuteczna. Dzięki niej politycznie niepoprawne jest dzisiaj używanie pojęcia „niemieckie obozy śmierci”, „niemieckie obozy koncentracyjne” czy też „niemieccy sprawcy”, natomiast sformułowanie „polskie obozy śmierci” niczym niezwykłym nie jest. To jednak także efekt antypolskich uprzedzeń dosyć rozprzestrzenionych na Zachodzie.

Niemiecka polityka historyczna a „nazistowska przeszłość”

Niemieckie elity polityczne i intelektualne postrzegają siebie jako mistrzów świata w „przezwyciężaniu własnej przeszłości”. Lecz owa przeszłość jest zamknięta w cezurze lat 1933–1945, czyli w czasie rządów Adolfa Hitlera. Potępienie „nazizmu” stało się już w latach 60. głównym filarem niemieckiej polityki historycznej oraz od dziesięcioleci odgrywa ważną rolę w polityce zagranicznej tego państwa.

Co ciekawe, z winy uczyniono cnotę. Jednym z głównych elementów dzisiejszej polityki historycznej Niemiec stała się duma z „przezwyciężenia nazistowskiej przeszłości”. W przekonaniu elit niemieckich niektóre narody powinny podobnie „przezwyciężyć swoją własną przeszłość”. Dotyczy to w pierwszej kolejności Polaków, natomiast w stosunku do Rosjan, Francuzów, Brytyjczyków, Belgów, Duńczyków i innych nacji takich żądań w Niemczech się raczej nie stawia.

Gdy dokładniej przeanalizujemy niemiecką politykę historyczną, dostrzeżemy, że pełna jest ona zakłamań i wypaczeń historycznych, które mają na celu zdjęcie z narodu niemieckiego odium sprawcy największych zbrodni w Europie. Z punktu widzenia państwa niemieckiego jest to zrozumiałe, ponieważ żaden naród nie może nieustannie odwoływać się do negatywnych aspektów własnej historii. Konieczne są wzorce pozytywne, podkreślające wspólną przeszłość, kulturę i tradycję. Aspekt ten odgrywa kluczową rolę integrującą i zarazem państwotwórczą.

Od bezwarunkowej kapitulacji do wyzwolenia

Większość Niemców odebrała bezwarunkową kapitulację w maju 1945 r. jako narodową katastrofę, a bardzo często również osobistą tragedię. Adolf Hitler, przywódca Niemiec, popełnił samobójstwo, a „tysiącletnia Trzecia Rzesza” legła w gruzach. Niemieckie terytoria okupowane były przez wojska aliantów, zniszczone nalotami miasta leżały w gruzach, miliony Niemców tułało się po świecie bądź przebywało w niewoli. Wielu Niemców z rozpaczy popełniło samobójstwo, inni ukrywali się ze strachu przed karą za popełnione wcześniej zbrodnie.

Wtedy nikomu w zachodniej części Niemiec nie przychodziło do głowy, by dzień 8 maja 1945 r. postrzegać jako pozytywne wydarzenie w niemieckiej historii. Wyjątkiem były ofiary prześladowań z tego okresu, ale stanowiły one jednak nieznaczną część niemieckiego społeczeństwa. Dopiero w połowie lat 80. XX w. zaczęła się zaznaczać dostrzegalna zmiana w interpretacji tamtych wydarzeń. Było nią mianowicie rosnące przeświadczenie, że totalna klęska Trzeciej Rzeszy stanowiła przesłankę powstania nowych, demokratycznych Niemiec, i z tego to punktu widzenia powinna być postrzegana jako wydarzenie o pozytywnym znaczeniu. Do pierwszych, którzy posłużyli się taką argumentacją, należał Richard von Weizsäcker, który 8 maja 1985 r., sprawując wówczas funkcję prezydenta RFN, oświadczył: „Dzień 8 maja był dniem wyzwolenia. W tym dniu wszyscy zostaliśmy wyzwoleni spod ucisku gardzącego człowiekiem systemu narodowosocjalistycznej przemocy”.

Co ciekawe, podczas II wojny światowej Richard von Weizsäcker walczył na froncie jako oficer Wehrmachtu, do samego końca broniąc Niemiec przed „wyzwoleniem”. Jego ojciec Ernst von Weizsäcker był wówczas wysokiej rangi dyplomatą, który osobiście przyczynił się do rozbioru Polski i wybuchu wojny. Jego najstarszy brat, Heinrich, zginął 2 września 1939 r. podczas niemieckiej agresji na Polskę, drugi zaś, Carl Friedrich, fizyk, konstruował dla Hitlera bombę atomową.

I to właśnie Richard von Weizsäcker zapoczątkował proces przewartościowania wydarzeń, który kontynuowano w następnych latach. Dzisiaj, prawie 70 lat po zakończeniu II wojny światowej, panuje w Niemczech wszechobecne przekonanie, że 8 maja 1945 r. niemiecki naród został wyzwolony spod „nazistowskiej tyranii”. W ten sposób doszło do reinterpretacji absolutnej klęski – w wyzwolenie.

„Odniemczenie” rządów Hitlera

Przewartościowanie 8 maja 1945 r. pociąga za sobą niejako automatycznie kolejne reinterpretacje. Bo przecież powstaje w tym kontekście pytanie, dlaczego Niemcy musieli zostać wyzwoleni od swoich rodaków. Wytrychem okazało się tutaj następujące sformułowania: ówczesne Niemcy określane są jako Trzecia Rzesza, Niemcy hitlerowskie bądź hitlerowski reżim, nazistowskie czy narodowosocjalistyczne Niemcy itp. To nie Niemcy rządzili w latach 1933–1945 r. w Niemczech, lecz naziści, narodowi socjaliści lub zgoła Hitler i jego poplecznicy. Dlatego też Niemcy jako naród musieli zostać wyzwoleni od tyranii tych ostatnich.

W tym kontekście konieczne jest jednak przemilczenie, że Hitler doszedł do władzy w wyniku demokratycznych wyborów i cieszył się swego czasu ogromną popularnością wśród Niemców. Więcej, żaden inny polityk niemiecki w historii Niemiec nie miał takiego poparcia. Nie przypadkiem rządy Hitlera w Niemczech nazywa się również „dyktaturą konsensu”, czyli powszechnej zgody.

Natomiast dzisiaj stosunek Niemców do rządów Hitlera i narodowego socjalizmu jest diametralnie różny. Można wręcz pokusić się o następującą syntezę, która charakteryzuje zmianę stanowiska Niemców wobec Hitlera i jego rządów: im więcej czasu upływa od klęski Trzeciej Rzeszy, tym bardziej zacięty staje się opór (oczywiście tylko werbalny) przez nich stawiany narodowemu socjalizmowi. Dzisiaj to właśnie niemieccy politycy i publicyści należą do najbardziej krzykliwych i agresywnych „bojowników” z neonazizmem, faszyzmem, antysemityzmem, ksenofobią oraz nietolerancją w całej Europie. A ich ulubionym wręcz polem walki jest Polska, pierwsza ofiara „nazizmu”, a nie np. Białoruś czy Rosja Putina.

Proces „odniemczania” przeszłości Niemiec lat 1933–1945 dotyczy nie tylko ówczesnego rządu, lecz także niemieckich sprawców. Określa się ich jako „narodowosocjalistyczni” lub „faszystowscy” sprawcy, „oprawcy z SS”, „naziści”, „gestapowcy” czy tym podobni. Na pierwszy plan wysuwana jest tym samym ich polityczna względnie instytucjonalna przynależność, natomiast przynależność etniczna spychana jest na drugi plan. Taki paradygmat dominuje dziś nie tylko w mediach; nacechowane są nim również naukowe debaty.

Co ważne, dzięki niemieckiej polityce historycznej panuje dzisiaj przekonanie, że „naziści” niekoniecznie musieli być Niemcami, lecz mogli być również Ukraińcami, Polakami, Litwinami, Łotyszami i innymi przedstawicielami narodów wschodnich. W rzeczywistości pojęcie „nazista” oznaczało i oznacza przynależność do NSDAP, a członkami tej partii mogły być wyłącznie osoby posiadające niemieckie obywatelstwo oraz pochodzenie. „Nazista” musiał więc być Niemcem, innej możliwości nie było.

Jednak najbardziej znanym „nazistą” ostatnich lat stał się Iwan Demianiuk, Ukrainiec z pochodzenia, skazany przez niemiecki sąd w Monachium za zbrodnie „nazistowskie” w „polskich obozach śmierci”. Lecz Demianiuk nie tylko nie był Niemcem, lecz nigdy nie posiadał obywatelstwa niemieckiego, zatem „nazistą” być nie mógł.

Równocześnie zadziwia determinacja niemieckich sądów, które tego ukraińskiego „nazistę” ścigały z wielkim zaangażowaniem i szumem medialnym. Dzisiaj to sądy niemieckie jawią się jako ostatni sprawiedliwi, którzy ścigają „nazistowskich zbrodniarzy” na całym świecie, tylko nie w samych Niemczech. Bo przecież w samych Niemczech żyją jeszcze tysiące „nazistowskich” oprawców narodowości niemieckiej, a nimi niemieckie sądy i prokuratorzy w ogóle się nie interesują. Trudno o większy przykład hipokryzji i zakłamania.

„Spolonizowanie” niemieckich zbrodni

Rzecz na tym się jednak nie kończy. Niemieckie obozy zagłady czy obozy koncentracyjne, utworzone na ziemiach polskich, zostały nie tylko „odniemczone”, lecz nierzadko wręcz „spolonizowane”. I nie jest to fenomen wyłącznie niemiecki – takie zakłamanie ma miejsce w debatach w wielu innych krajach, przykład Obamy jest tutaj wymowny. W taki sposób powstały „polskie obozy śmierci”, „polskie obozy zagłady” czy też „polskie obozy koncentracyjne”.

Proces „odniemczenia” zbrodni niemieckich i ich częściowe „spolonizowanie” jest już tak daleko posunięty, że nazywanie ich niemieckimi postrzegane jest jako antyniemieckie resentymenty i politycznie niepoprawne. Natomiast ich „spolonizowanie” tłumaczy się skrótem myślowym. Jak daleko ten proces zaszedł, przekonaliśmy się już przed laty.

W styczniu 2005 r. Parlament Europejski przygotowywał rezolucję z okazji 60. rocznicy wyzwolenia obozu koncentracyjnego i śmierci Auschwitz. Brytyjska parlamentarzystka Sarah Ludford przedłożyła projekt rezolucji, w której mowa była o „polskich obozach śmierci”. Natomiast słów takich jak „niemiecki”, „Niemcy”, projekt ten w ogóle nie zawierał.

Polscy parlamentarzyści słusznie się oburzyli i zażądali, aby w rezolucji Auschwitz nazwać jako „niemiecki obóz śmierci”. Na tę propozycję zareagowali oburzeniem nie tylko niemieccy parlamentarzyści, w tym także Sarah Ludford. Argumentowali, że przecież nie wszyscy Niemcy byli „nazistami” i zarzucili polskim parlamentarzystom antyniemieckie uprzedzenia! Polscy parlamentarzyści nie przebili się z swoim żądaniem, ale osiągnęli przynajmniej to, że Auschwitz nie zostało nazwane „polskim obozem śmierci”, lecz „Nazi Germany’s death camp at Auschwitz-Birkenau”.

Dzięki przemyślanej, nader zręcznej i obliczonej na dłuższą metę polityce historycznej udało się Niemcom praktycznie zdjąć z siebie odium narodu sprawców. Znamienne są przy tym niemieckie żądania, by właśnie Polacy pożegnali się wreszcie z „rzekomym mitem narodu ofiar” i zaczęli w krytyczny sposób oceniać własną historię – na wzór i podobieństwo tego, co uczynili już wcześniej sami Niemcy.

W szczególny sposób w tej niemieckiej debacie o „rzekomym polskim micie narodu ofiar” podkreślany jest polski antysemityzm, polska współodpowiedzialność za Holokaust oraz odpowiedzialność za wypędzenie / wysiedlenie Niemców. Tematy te są bardzo często poruszane zarówno w niemieckich mediach, jak i wśród tamtejszych „Polenexperten”.

Problem w tym, że niemieccy i inni zachodni komentatorzy i różnej maści eksperci od Holokaustu i historii Polski mogą się powoływać na polskich polityków, naukowców, dziennikarzy. Tak np. wszystko wskazuje na to, że Adam Rotfeld, który w imieniu Polski przyjmował pośmiertny medal dla Jana Karskiego od prezydenta Obamy, myśli podobnie. Dla niego „polskie uwikłanie w Holokaust” jest najwidoczniej faktem – można tak wnioskować z jego artykułu opublikowanego w niemieckim magazynie „Spiegel” przed trzema laty (31 maja 2009 r.): „Spór o Jedwabne podzielił Polskę, jednak równocześnie oczyścił wspólną pamięć. Od tego momentu polskie uwikłanie w Holokaust nie jest tematem tabu”.

Trudno się zatem dziwić panującemu powszechnie przekonaniu na Zachodzie, i nie tylko tam, że Polacy jako naród byli współodpowiedzialni za Holokaust, wspólnie z „nazistami”. Nie sposób również dziwić się, że tak często używa się sformułowania „polskie obozy śmierci”. I będzie się tak jeszcze działo długo, jeżeli Polska jako państwo nie zacznie prowadzić spójnej polityki historycznej, która pokaże, że Polacy jako naród ponoszą odpowiedzialność za Holokaust w tym samym stopniu co za zniszczenie Warszawy oraz wymordowanie jej mieszkańców przez „nazistów”. Nie można przy tym przestrzegać nakazów politycznej poprawność, która zabrania używania pojęcia „niemieckie obozy śmierci”. Wręcz przeciwnie, jest to pierwszy krok w walce z kłamliwym sformułowaniem „polskie obozy śmierci”.

Bogdan Musiał

Autor jest niemieckim historykiem polskiego pochodzenia, profesorem Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego.

Kopalnia i targi

8 komentarzy

W małym bo prawie 30 tysiecznym Barsinghausen na terenie starej kopalni,która na co dzień pełni funkcje muzeum,parku,i miejsca pikników zorganizowano lokalne targi.

Ludziska walili drzwiami i oknami by popatrzeć , spotkać się ze znajomymi i oczywiście napić się piwa z obowiązkowym Bratwurstwem , czyli kiełbasa z grilla.

Targi zostały zorganizowane z myślą o miejscowym przemyśle i handlu , by ożywić  gospodarkę ,pokazać co ciekawego dzieje się w okolicach  a jednocześnie po to, by miejscowa społeczność  zapoznała się z przedsiębiorstwami działającymi na ich terenie.

wejście na teren kopalni i zaraz nas wita wagonik na węgiel

a tu powiększone zdjęcie z dawnych czasów  z oznaczeniami co gdzie było ulokowane

 

wagoniki do przewozu węgla i robotników

 

 

 

 

 

 

tory kolejowe , takie wąziutkie  żeby zmieściły się w chodniku kopalnianym, zupełnie jak zabawki albo wesołe miasteczko dla dzieciaków

 

 

 

 

 

a tu wielki kubeł do wyciągania urobku

i szyb , no może ma za 3 metry wysokości , taka miniatura  naszych ślaskich

 

 

 

 

 

 

 

 

no i wystawy. Najróżniejsze.

Zadbano o czas  dzieci. Klauny z   baloników produkowały zwierzątka

 

 

 

 

a tu …. szkło w du…ie reklama  firmy

 

dzieci próbują sił w budowaniu murów

 

 

 

 

i zgodny z niemiecką estetyką,niekoniecznie nam polakom podobajacy  sie gipsowy koń

 

 

 

 

 

 

 

 

a na kosiarkach mozna było pojezdzic

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zawsze zazdrościłam Niemcom dlaczego tak  szybko i równomiernie rozwijają się.Pomijam aspekty historyczne typu reperacje i zagrabienia.Nie czas to i miejsce na takie rozważania.A my pewnie nigdy nie dowiemy się najprawdziwszej prawdy.Zresztą prawda jest względna.

W Niemczech przemysł jest rozdrobniony.Nie ma wielkich fabryk zajmujących parę czy paręnaście hektarów jak nasze Puławy,Azoty czy Ursus.W każdej natomiast miejscowości spotkacie jakiś zakładzik, zakład zatrudniający parę/paręnaście osób, które działają na lokalnym  rynku, lub też produkują na zlecenie innych.To system naczyń połączonych.Wielkie koncerny tez lokują w małych miejscowościach swoje oddziały,co daje miejscowej ludności zatrudnienie,stałą pracę, stabilna płacę, które wiaże ludzi właśnie z tym miejscem. W  każdej wiosce jaka spotkałam sa piękne domki jednorodzinne.Ludzie budowali i budują na potęgę, gdyż mogą liczyć na dogodny system kredytowania , przy czym  raty te są nieznacznie większe od czynszu za wynajmowane mieszkanie.Budownictwo jest motorem napędowym  gospodarki i widać to na każdym kroku.W każdej nawet najmniejszej miejscowości  z pietyzmem spogląda sie na stare budowle , slady przeszłości.Przyzwyczajona do naszych wielkich muzeów do naszego monumentalizmu z początku trochę pokpiwałam z tych mini muzeów.Uświadomiłam sobie jednak, ze tak właśnie buduje się miłość do malej ojczyzny.


  • RSS